wtorek, 30 września 2014

Odcinek.

W czasie mojego życia zdarzyło się wiele, a tak naprawdę tylko kilka wydarzeń odcisnęło piętno na moim "ja". Tak naprawdę nie chodzi o samych ludzi, ale również o okoliczności narzucone przez los, a jednak wybrane drogą wolnej woli. 
W ciągu tych lat mojego życia wiele było niepowodzeń, które wciąż, raz za razem, pogrążały mnie głębiej w moim smutku i alienacji. Jakkolwiek liczyłem na wsparcie - ono wciąż nie przybywało, a było wręcz odwrotnie - ludzi nie było obok mnie, stawali się jakby obcy, jakby coraz dalej, a ja nie wiedziałem jak powiedzieć "poczekaj". Moje usta były silnie ściśnięte, całej reszty nie miałem. 
Mój niemy krzyk rozbijał się o moją skórę, która drżała, jednak szczelnie trzymała dźwięk, który rozdzierał mnie od środka. 
Wiele nocy kończyło się o północy, kończyło się smutnymi godzinami spędzonymi pod pierzyną. 
Całość wydawała się być straszna, straszniejsza niż wcześniej, prześladował mnie swój własny cień z jego kompanem, który również pochodził ode mnie - mój strach. 
Kiedyś w końcu zapytałem: "Czy odejdziesz, gdy będę nikim?". Zapytałem, ale nawet nie swoimi słowami, a słowami piosenki, której wyrazy pobrzmiewały w mojej głowie. 
Nie spostrzegłem jednego - w momencie, gdy je zadawałem byłem już nikim. 
I nie było nikogo. 

wtorek, 23 września 2014

Nic się nie zmienia.

-Uderzyłeś mnie. - stwierdziła fakt po raz kolejny, po raz kolejny, po raz kolejny. Już nawet przestała liczyć na to, że ten mężczyzna, z którym chce spędzić resztę życia i wychowywać dzieci się zmieni. Nie zmieni się, zostanie taki sam, dalej będzie przepraszał, dalej będzie obiecywał coś, czego nie będzie mógł zrobić.
Nie zaczęła płakać jak za pierwszym razem, objęła ją obojętność, przestała myśleć i czuć. Zniknęła na chwilę, bo nie chciała o tym pamiętać.
Wziął ją w ramiona, załkał cicho, zaczął powtarzać jedno "przepraszam".
Wiedział o tym, że robi źle, wiedział. Z drugiej jednak strony kochał ją tak bardzo, że nie chciał by od niego odeszła. Zdawał sobie sprawę z tego, że ona jest silna, może osiągnąć wiele, dużo więcej niż on.
Był egoistą, chciał mieć ją dla siebie, tylko dla siebie, nie chciał, by odeszła, chciał, żeby zawsze była przy nim. Chciał siedzieć z nią na fotelu, gdy będzie padał deszcz, chciał oglądać z nią ich dzieci, chciał mieć ją na zawsze dla siebie, tylko dla siebie.
Był bezradny. Nie wiedział, co zrobić, żeby ją przy sobie zatrzymać.
Od czasu do czasu uderzył ją, bo kochał ją zbyt mocno by pozwolić jej kiedyś powiedzieć "żegnaj".
Tak bardzo ją kochał, że zaczął ją nienawidzić.
Tak bardzo ją kochał, że zaczął ją bić.
Tak bardzo go kochała, że zgadzała się na to.
Tak bardzo go kochała, że aż się go bała.
Tak bardzo go kochała, że kilka lat później żyć przestała.
A on z nią.

To już nie ja.

Nie bądź na mnie zła, bo to już nie ja i
nawet nie myśl o mnie, chociaż dalej widzisz mnie.
Zrzuciłem liście, pozbierałem, schowałem pod dywan.
Zapomnij o mnie, bo
to już nie ja. 

wtorek, 9 września 2014

Wiatr.

Wszystko, co związało się z dobrymi momentami w moim życiu stało się obsesją. Niejednokrotnie byłam pytana o to, co było albo jest w moim życiu najlepsze. Kiedy miałam dziesięć lat odpowiadałam, że jest to rodzina, a dokładniej rodzice i dziadek. Teraz, gdy ewoluowałam do wieku lat dwudziestu odpowiadam, że jest to on.
Poznaliśmy się na dworcu kolejowym. Była mroźna zima, co sprowadzało się do tego, że mimo dwudziestego pierwszego wieku pociągi opóźniały się niemiłosiernie. Stałam wtedy w czarnej kurtce, zaopatrzona w inne typowo zimowe atrybuty. Mój umysł był tak samo zimny jak ręce.
Mróz działał na mnie wtedy orzeźwiająco, jednak nie na tyle, by zapomnieć o rodzinnych problemach. Wyrwało mi się kilka łez, bo nieszczególnie wiedziałam, co począć z moim "teraz" i "jutro". Nie wiedziałam wtedy czy wyniósł to z domu czy jest zakamuflowanym rycerzem, który zauważył kobietę w potrzebie. Od tak podszedł do mnie, opowiedział żart, a skończyło się na tym, że rozmawialiśmy przez dobre półtorej godziny.
Mieliśmy się już więcej nie spotkać, bo mimo wszystko, honor nie pozwalał nam na nawiązanie dłuższej znajomości. Los jednak chciał inaczej - skończyło się na tym, że od tamtej pory spotykaliśmy się regularnie. Więcej - przywiązaliśmy się do siebie, bo o "miłości" żadne z nas wspominać nie chce, a może to tylko moja wina.
Spotkałam się z reakcją - nie wolno, pod żadnym pozorem mówić o winie, jeśli chodzi o zdarzenia, które przydarzają się w naszym życiu bez naszego wpływu. Nawet jeśli chcemy go widzieć, co jest idiotyczne. Masochizm jest idiotyczny, ale przecież masochiści istnieją, prawda? Nie można powiedzieć, że mają się dobrze, bo byłoby to kompletnym paradoksem, ale zdeklarowanej ludności o tych skłonnościach można odnotować coraz większą ilość.
Ja chcę tylko zdeklarować, że nieszczęścia zostawiły mnie w dołku. Jednocześnie deklaruję, że nieszczęścia chodzą parami. Deklaruję, że on jest moim nieszczęściem, bo szczęście wydawało się być zbyt mało pozytywnym określeniem. Pomyślałam wtem, że kompletne odwrócenie będzie brzmiało pozytywnie.
Najważniejsze jest jednak to, że znalazłam mężczyznę, a nie chłopca.
Znalazłam kogoś, kto powoduje, że moje ręce stają się ciepłe tak samo jak umysł wychodzi z odrętwienia.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Cydrowa królowa.

Link do poprzedniej części: http://ksiazkawdloni.blogspot.com/2014/08/cydrowa-krolowa.html

Na zewnątrz było nieco chłodniej, ale i tak było duszno. Podążałem za tajemniczą dziewczyną przyciągany jakby przez magnetyczną siłę. Stanęła w świetle latarni, patrzyła na światło, które emanowała z głową uniesioną w górę. W powietrzu czuć było fascynację.
Podszedłem do niej i nie czekałem na jej zgodę czy protest. Przyciągnąłem ją gwałtownie do siebie. Patrzyła na mnie, ale nie okazała choć krzty zdziwienia, z jej ust nie wyszło choćby jedno słowo, choćby jeden dźwięk.
Przejęła pałeczkę i mnie pocałowała. 
Chwilę później odkleiliśmy się od siebie. W pobliżu była ławka, na której spoczęliśmy. 
Nie czułem zakłopotania, z jej strony również nie czułem nic takiego. Wyjąłem papierosa i zapaliłem. 
-Jesteś niegrzeczny. - stwierdziła, gdy nie podałem jej paczki. 
-Nie. Uważam, że kobiety nie powinny palić. Masz u mnie dług. - powiedziałem.
-Z każdym Twoim kolejnym słowem zaczynam utwierdzać się w przekonaniu, że moja pięść idealnie pasuje do Twojego nosa. - odgryzła się. Próbowałem powstrzymać śmiech.
-Grozisz mi pobiciem, bo ratuję Cię przed rakiem płuc? Pokrętna logika. - tym razem to ona zaczęła się śmiać.
-Odezwał się ten nieskomplikowany. - spojrzałem na nią ze zdziwieniem, bo nie wiedziałem o co jej chodzi.
-Co masz na myśli?
-Nie wyglądasz mi na kogoś, kto urządza sobie miłe pogawędki na ławce. - powiedziała. Zaimponowała mi swoją otwartością. Postanowiłem, że lubię, gdy mówi, ale jeszcze bardziej podoba mi się chwila, gdy mnie całuje. Zacząłem dość spokojnie, jednak pozwoliła mi na więcej.
Na moment zapomniałem, że jesteśmy na ulicy. Ona również. Z niechęcią odsunąłem się od niej.
-Może... pójdziemy na kawę? - zaproponowała.

Następna część pojawi się niebawem. 


piątek, 22 sierpnia 2014

Sth about me.

Dobrze, nie lubię skrótów ani makaronizmów, ale to mój post, więc robię z nim co chcę.
Przez okres, w którym pisałam na tym blogu i w chwilach, gdy publikowałam tu swoje wypociny czy jak to tam inaczej można nazwać, miałam wrażenie, że czegoś nie zrobiłam.
Oho, światło dotarło do mnie bardzo szybko, w świat poszło moje głośne "eureka!", a może jednak "kurwa!". Wiem, co zrobiłam nie tak.
Nie przedstawiłam się właściwie i nie piszę też zbyt dużo o tym, co czuję tu, gdzie od czasu do czasu jest na to miejsce.
No dobra, koniec ze skromnością. Wszystkie te posty to gdzieś po części moje uczucia. Fakt, możliwe, że nie chcę się powiesić na kablu, ani na niczym innym i w ogóle nie zamierzam podejmować kroków, które miałyby spowodować koniec mojej egzystencji.
Kim Ty, do cholery, jesteś? Sama czasem zadaję sobie to pytanie. Problem w tym, że jakoś nigdy nie mogę znaleźć na nie dostatecznie dobrej odpowiedzi. Chyba, że sęk w tym, że nie jestem dostatecznie dobra. Pies to trącał. Od początku.
Tu, po lewej jest kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt słów o mnie. Tu będzie może kilkaset.
Mam już trochę lat, więc chodzę do liceum. Kiedyś byłam w jakiejś poradni psychologicznej, a pani, która tam siedziała była całkiem miła, więc jako tako miała szansę mnie poznać. Pewnie byłam dla niej kolejnym, jednym z kilkuset bachorów, ale nie dała po sobie tego poznać, więc tak jakby na chwilę pozwoliłam jej gwałcić moją psychikę.
Bez jaj, jak ktoś zagląda w środek Twojej czachy nie dosłownie, a bardziej w przenośni to uznaję to za gwałt. Moi przyjaciele to też gwałciciele, ale lubię, kiedy mnie gwałcą. Dobra, gwałcą tylko moją psychikę, ale to lubię, więc to nie gwałt. To chyba taki seks, ale psychiczny.
Tak czy siak, ta pani wtedy powiedziała i napisała, że jestem całkiem mądra jak na swój wiek, bla, bla, bla, że bardzo dobrze rozumiem procesy, które zachodzą w społeczeństwie, jestem świetnym obserwatorem i znam świat przemian społecznych i psychologicznych jak własną kieszeń czy coś w ten deseń.
Jakoś od tamtego momentu i od chwili, gdy pierwszy raz się upiłam ludzie traktują mnie jakoś inaczej. Trochę tak jakby moment dzieciństwa nagle się zakończył i mimo braku osiemnastki zostałam przyjęta do grona jaśnie oświeconych dorosłych. Pieprzyć.
Mogę pić słabe piwo, prawić jakieś moralne kazania i żartować z, mimo biegu lat, nieprzyzwoitych rzeczy. To całkiem fajne, chociaż wolę mocną kawę. Piwa nie uznaję, bo jeśli ktoś chce się narąbać to błagam - na cholerę piwo? Prościej wypić kila łyków niż całe litry. Przez tą mocną kawę czasem zaczynam myśleć, że oprócz skłonności sadystycznych mam również masochistyczne, a to się wiąże z sadomaso. Może to i dobrze?
Czasem stawiam na prostsze rozwiązania, bo raczej nie jestem wytrwała. Bez jaj, na co się męczyć? Czasem lepiej zaoszczędzić wywar z energii życiowej na jakieś w cholerę ważne cele, chociaż jeszcze nie wiem jakie. Chyba zwyczajnie - na życie powinna iść ta siła. To też pieprzyć. Lubię pieprzyć.
Mam bzika na punkcie książek. Przychodzą wakacje albo wolna chwila i zamykam się w sobie. Jeśli nie w sobie to w domu i przeżywam fikcję. Najgorsze jest tylko to, że czasem ta literacka fikcja miesza mi się z rzeczywistością i później wychodzę na głupka przy rodzicach. Raz nawet pytałam, czy mój wujo był na diecie i jadł z opaską na oczach. Okazało się, że to nie on, a jakiś stara postać książkowa. Jak zwykle - wyszłam na idiotę. Jednak nie stanowi to dla mnie problemu, bo przecie jestem tak zakochana w słowie pisanym, że nie mogłabym bez niego przeżyć. Miłość do realnych osób to jedno, a miłość do fikcji to drugie i bardzo często wybieram to, co oznaczyłam numerem dwa.
Gdzieś za literaturą stoi muzyka. Nie, nie, nie, nie umiem śpiewać ani na niczym grać. Czasami nawet mam wrażenie, że słoń zniszczył moje uszy. Ja tylko słucham. Za młodu słuchałam Niemena i nieznacznie ewoluowałam na poziom zamiłowania do metalu, rocka i innych. Mogłabym tu walić hasłami typu Korn, Dio czy Iron Maiden, ale uważam to za całkowicie bezsensowne - siedziałabym tu do wieczora i skrzętnie spisywała te zespoły, a uwierzcie mi na słowo - nie chcecie tego. Znajduje jeszcze wolne miejsce na zespoły pokroju Hollywood Undead, Dragonette i stare, ruskie disco z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Pod koniec tej długiej notatki podrzucę do nich linki, bo szukanie tego typu muzyki samemu jest jak kopanie w odmętach badziewia i majstersztyku. Nie brudźcie sobie rąk, wystarczy, że ja to zrobiłam.
W moim życiu jest jeszcze jakiś apetyt na to, co z nim związane. A dokładniej - nauka i podróżowanie. Nie, że jestem jakaś niezwykła i ślęczę godzinami nad podręcznikami, o nie. Jeśli chodzi o zapał do przedmiotów szkolnych to starcza mi go jakoś do końca września. W październiku jeszcze wykazuję chęci do współpracy, choć są nikłe. Przez resztę roku koczuję na tym, co mnie podnieca i na swojej wrodzonej inteligencji. W miejsce inteligencji podstawcie wrodzoną aparycję, która niejednokrotnie uratowała mi dupę za głupie decyzje.
Podróże to jakaś idiotyczna podnieta. Początkowo wmawiam wszystkim dookoła, że to głupota i po chwili dodaję - "nie potrzebuję tego, jestem za stara na jakieś szczeniackie i niebezpieczne wybryki". Prawda jest taka, że po takich eskapadach czuję się jak młody Chrystus ze stojącym sprzętem. Dodam jeszcze tylko, że do szkoły mam dość daleko. Z początku zdawało się to być wrzodem na tyłku, ale później odkryłam magię dojeżdżania w jedną i drugą stronę w prawie pustym autobusie. Takie krótkie wyprawy to mój czas na myślenie i na ciszę, bo uwierzcie, w szkole, na ulicy, w domu, w Internecie mówię bądź piszę aż nadto. W autobusie nie wydobywam z siebie żadnych słów poza "bry" i "widzenia", za to moje myśli to jakieś bomby. Czasem się nawet zastanawiam jak to jest, cholera możliwe, że mimo tego hałasu w mojej głowie nikt tego nie słyszy.
Jednak nad całą resztą moich zainteresowań stoi pisanie i mówienie. Bardzo często myślę, że cały ten mój proces twórczy to eksponowanie ekshibicjonizmu emocjonalnego, oczywiście. Nie dość, że piszę, co widać tu, nie dość, że dużo mówię, co widać w życiu codziennym to jeszcze gromadzę wokół siebie słowa. Ściągam je niczym magnes, co widać gdzieś w moim pokoju. Dla innych te wszystkie urywki nie mają żadnego sensu, jednak dla mnie to jakaś spójna całość. Myślę, że ten cały bałagan to takie odzwierciedlenie mnie, bo nigdy nie jestem tą samą osobą.
Dobra, napisałam całkiem nieskromnie, że dużo mówię, ale dzieje się tak tylko wtedy, gdy czuję się przy kimś dość pewnie. Jeśli jednak milczę to jest to swego rodzaju znak dla mojego rozmówcy - albo nie mam nic do powiedzenia, albo ten ktoś nie jest godzien choćby jednego mojego pieprzonego słowa, albo zwyczajnie go prześwietlam.
Dodam jeszcze, że ciekawi mnie cała społeczność LGBT, bo to temat bez końca. Ciągle jestem za Kongresem Nowej Prawicy, co jest paradoksem. Lubię od czasu do czasu rozmawiać o seksie i sprawach dotyczących ludzkiej fizjologi, bo nie budzi to mojego oburzenia, ani nie zawstydzają mnie takie tematy. BDSM ciągle odkrywam na nowo, więc to też jeden z proponowanych tematów do rozmów. W kwestii upodobań seksualnych jestem jakaś popieprzona, bo jakoś bardziej wolę facetów koło trzydziestki niż chłopców, bo inaczej ich nazwać nie można, w moim wieku. Szczególnie lubię, gdy taki mężczyzna ma maszynkę do papierosów i wygląda jak mafiozo. Przepadam za lekko brzmiącym rosyjskim akcentem.

Dla Ciebie, mój drogi czytelniku, mogę być kim tylko chcesz. Możesz mnie nazywać Tadeuszem, Rozalią albo zwyczajnie brzmiącą Aleksandrą. Tylko nie spieprz sprawy i nie mów do mnie Olka.

                                                                    SZUFLADKA
Typ osobowości według systemu MBTI: INFP
Mój ennagramowy typ: 4w5
Znaczenie imienia *tego niby prawdziwego*: http://www.ksiegaimion.com/aleksandra

                                                   MOJE MIEJSCE W INTERNECIE
                                                           http://ask.fm/Cassandrex

                                            I, OCZYWIŚCIE, LINKI DO TEGO DISCO
Przewspaniały Gazmanow: https://www.youtube.com/watch?v=1txIXRM0zWY
                                             https://www.youtube.com/watch?v=edXwGg1P6Gg
                                             https://www.youtube.com/watch?v=F8GmdGbwR2A
                                             https://www.youtube.com/watch?v=3267js1G2qo
                                             https://www.youtube.com/watch?v=hbCKIDxjsa0
*piosenka, która kryje się pod ostatnim linkiem jest naprawdę świetna, chyba najlepsza*
Równie wspaniały Igor: https://www.youtube.com/watch?v=zGJYd2FIo2k
                                        https://www.youtube.com/watch?v=vSk14IhKmBc
                                        https://www.youtube.com/watch?v=AJrC93gqCXc





czwartek, 21 sierpnia 2014

Każdy mówi "nie".

Każdy mówi "nie". Każdy. Moja "przyjaciółka", bo boję się nazywać ją kimś więcej. Każdy, nawet to, co jest wewnątrz mnie, kiedy toczę ze sobą bitwy, rozmowy czy - jak kto woli - monologi.
Moja lista wszystkich jest krótka, dobrana na wykonanym z ciemnego drewna biurku w równie ciemnym pomieszczeniu. Krótka, ale skrzętnie uwita z malutkich cierni.
Rano budzę się sam. Światło wdziera się do wnętrza pokoju, chociaż nikt go o to nie prosił. W pomieszczeniu panuje dziwna, choć nie zaskakująca cisza. Powietrze jest ciężkie, ale nie od mrozu za oknem, a emocji.
Kolejny dzień, kolejna klęska.
Ubrałem się tak, by nie wyglądać dziwnie, jednak tak, by mróz mógł ciągle przywoływać mój rozsądek.
To był kolejny dzień, w którym miałem nie tknąć alkoholu. Idiotycznie wolno mijały minuty, ja równie idiotycznie liczyłem czas od naszego rozstania. Naszego - mojego i wódki. Chociaż ciężko tylko o niej mówić, bo był okres bardzo zły - wtedy w ruch szły nawet tanie perfumy.
Minęły cztery miesiące, dwa dni i pięćdziesiąt osiem minut.
Przechadzałem się ulicami Piły. Miasto zwyczajne, acz tak dobrze mi znane. Mijałem ulice, mijałem sklepy skryte za zasłoną szkła. Na wierzchu wystawione litry trunków, na których myśl schło mi w gardle.
Jakoś mniej ważne było to ile straciłem. Rodzinę, szacunek innych, ale także szacunek do samego siebie. Dokonałem wyboru i jakkolwiek na to nie patrzeć - bezsensowne jest dalsze odwracanie się od podjętej wcześniej decyzji.
Chwilę później, a może dość długą chwilę później, bo moje jaja najwidoczniej już odczuwały konsekwencje zbyt długiego przebywania na mrozie, byłem pod mieszkaniem Katji.
Katja była ważną osobą w moim życiu i była tym ważniejsza im bardziej starałem się temu zaprzeczać. Mentalnie łączyły nas stosunki przyjacielskie - mówiłem jej o tym, co dzieje się w moim życiu, a czasem nie, choć ona nie uznawała tego, jako obrazę. Czekała aż powiem więcej, aż będę tego chciał. Tylko czasem zadawała pytania, choć miała tą umiejętność, że nigdy nie sprawiała bym czuł się udręczony. Interesowało mnie jej życie, nawet bardzo. Mówiła o sobie raczej niewiele, choć gdy już udało mi się odblokować jakąś kłódkę w jej umyśle to z jej ust padało wiele słów. Tak jakby pewna tama pękła. Wtedy mówiła bez oporu, aż wyczerpała pewien temat. Niejednokrotnie jednak panowała między nami cisza. Czuliśmy, że wszystko zostało powiedziane albo sam brak jakiegokolwiek słowa mówił dużo więcej niż ich tony.
Pociągała mnie, choć ja sam również nie byłem jej obojętny. Czasem pustkę wypełnialiśmy przyśpieszonym oddechem.
Ciągle wracałem do niej i ona wracała do mnie. Zdarzało się tak, że okres rozłąki, choć krótki łataliśmy długimi rozmowami albo przepełnionym emocjami seksem. I jedno i drugie było piękne.
Drzwi mieszkania Katji były całkowicie normalne, skrzętnie ukrywały wnętrze. W metrach kwadratowych jej prywatnej przestrzeni była widoczna wewnętrzna potrzeba demonstracji własnego "ja". Wprawiało mnie to w zdumienie, bo Katja była kimś całkowicie konkretnym, kimś pozytywnie przerysowanym.
Zapukałem, a chwilę później otworzyły się drzwi. Otworzyła mi ta sama kobieta, którą widziałem wiele razy przedtem, a znów mnie zdumiewała. Widziałem jej twarz i wiedziałem, że przerwałem jej w lekturze.
-Wejdź. - powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu. Brzmiała trochę jak żołnierz armii radzieckiej.
Pokonałem próg, a ona zamknęła za mną drzwi. Popatrzyła na mnie. Pewnie zastanawiała się czego od niej oczekuję.
-Chcesz kawy, herbaty...? - zapytała.
-Nie. Chcę tylko pobyć z Tobą chwilę. Czytałaś zanim przyszedłem?
-Tak. - odpowiedziała.
-Czytaj dalej.
-Wiesz, że nie umiem. Wiesz to tak samo dobrze jak ja wiem, że coś Cię gnębi. - wyjęła z siebie te kilka słów, a zabrzmiały one tak jak pytanie, które kiedyś zadała.
-Wybrałem. - odparłem. Chwilę później otworzyłem drzwi i jak najszybciej opuściłem jej mieszkanie. Zrobiłem to tylko po to, by nie widziała łez, które spływają po mojej twarzy.
Chwilę później czułem, że już nic mnie nie trzyma. Zdecydowałem, już nie ma takiej siły, która mogłaby pchać kogoś razem ze mną na dno.
Wpadłem w sidła nałogu.
Kupiłem wódkę.
Wróciłem do domu. Zamknąłem za sobą drzwi. Zdjąłem płaszcz i ciężkie buty, które później skrzętnie ułożyłem na ich właściwym miejscu.
Usiadłem na krześle, które stało przy stole. Spostrzegłem, że na wierzchu mam kartkę papieru i długopis. Powoli zacząłem pić wódkę i równie powoli pisałem.
Z każdym kolejnym łykiem wódki słowa zdawały się nie mieć znaczenia. Stały się czymś chaotycznym, czymś niezwykle ulotnym.
Ktoś zaczął dzwonić do drzwi. Albo miałem zwidy.
Im bardziej natarczywy był jego dźwięk tym mocniejsze były moje kroki.
Właściwie nie wiedziałem co robię.
W mojej ręce był pistolet, który kiedyś kisił się w szufladzie.
Chwilę później był już tylko mocny, ale piękny dźwięk.
W następnej chwili było już tylko otrzeźwienie - kula znalazła się w moim łbie.